wtorek, 6 października 2015

Cząstka z „Rzeczy pospolitych” Teresy Radziewicz

Z Rzeczy pospolitych lubię najbardziej Wiersz dla Margo, wiersz dla Paddy'ego:

Wiersze powinny być o czymś - tłumaczą ludzie
i piszą o bardzo ważnych sprawach. A mnie kuszą
rzeczy pospolite, sytuacje codzienne, nieistotne
detale: robienie sałatki na cztery ręce i zapach
pomidorowych sadzonek. Drobne gesty,

z których czytam jak z węzełków kipu
historię odległości i trwania. Zaciśnięte supły, 
więzi nie do rozplątania: czułość, 
która nie potrzebuje zapewnień, wyjaśnień
czy wielkich słów. Ważne sprawy

rozrastają się, trawią, nikt nie zapomina
o wojnach i przewrotach. Dlatego muszę 
ocalić zwyczajny aromat kawy, 
smak sernika, intensywny kolor
irlandzkiego masła.

Dzisiaj, z perspektywy tamtych dni, muszę przyznać, że niewiele się zmieniło. Jeździmy w miejsce bitew o niepodległość, czytamy historię Irlandii. Przypominamy ludzi zamordowanych przez wrogów. Pijemy kawę przywiezioną z Polski, aromat roznosi się i trwa. Czasami pachnie sernik, inne sprawy. Codziennie do maselniczki z owcami wkładam porcję żółtego masła. Może jedynie sadzonki pomidorów wymieniliśmy na krzaki malin i truskawek. Detale układają się i zaciskają z każdym dniem. Jeden po drugim. Bliskie obrazki, o czymś bardzo ważnym. Tereso, dziękuję za wiersz, za jego intensywność i radość.

Przeczytałam, że świat się wyostrzył i kiedy myślę, że gdyby można było wymazać wszystkie zaćmienia, rozebrać napędzające się maszyny nienawiści, wyklepać i wyprostować, co zostało splątane, świat byłby właśnie taki, jak opisuje Teresa. Przeciągnięte dni, poranne mgły Podlasia. Wnętrze, po którym się przechadza, rozciera w dłoniach zioła, wypełnia atramentem strony kalendarza. Mija kapliczki, znaki, śmieje się do dzieci, które wygrzebują ziemniaki z ognisk… Nie brakuje pożegnań, refleksji na temat przemijania. Wtedy akurat padał deszcz.

(…) Ojcowie
odchodzą, zostają jeszcze 
czekające cierpliwie matki.




wtorek, 4 sierpnia 2015

Separatum Piotra Mosonia i deszcz

Za każdym razem, kiedy widzę na FB skan wiersza Piotra Mosonia, oczywiście bez oznaczenia autora, zastanawiam się, ale za chwilę cofam w sobie to zastanowienie.

bardzo krótki wiersz o frustracji

już
kurwa 
brak mi 

słów


Może właśnie dlatego wypisuję kartki do znajomych. Szukam manualnych rozwiązań dla otoczenia. Przechadzam się po muzeach, parkach i galeriach. Rozmaitych miejscach, gdzie już od dawna codzienny język trafia w pustkę. Do czego są nam potrzebne wiersze?! Książkę Piotra po raz pierwszy czytałam w Kaliszu. Dobrze pamiętam ten moment, siedziałam na łóżku, za oknem leżeli antybohaterowie, a ja uczyłam się czytać między cudzymi wersami. To kolejny powiew wiatru, niezbędnik. W celu zrozumienia najistotniejszych spraw należy zbić szybkę, odwrócić się do góry nogami i napełnić. 

imigrantka

już niematko
dlaczego wracać do siebie?

po systematycznie planowanym szczęściu
pozostały zaledwie wybroczyny
na głęboko pofałdowanej skórze
i zacieki na udach

sejsmograf umilkł i nawet nie zakwili
strefa ostatecznej ciszy wbrew
nerwom co kwitną do wewnątrz jedynie na sygnał karetki
dwie przecznice na południe

to wymaga skomplikowanych mechanizmów
tak unieść lewą stopę
i przenieść ją o fragment mieszkania
z prawą wcale nie jest pokorniej

gdy omijasz pokoje jeden za drugim
jak syberię - to łazienka
jak saharę - to kuchenny aneks z widokiem na złomowisko
jak guantanamo gdzie wciąż śmierdzi krwią
choć mąż błyskawicznie zainstalował klimatyzację
szybciej niż złożył łóżeczko
to było jeszcze we wtorek 
jak w innym życiu 

Za każdym razem, kiedy muszę oderwać się od pisania, muszę również oderwać od czytania. Oczywiście robię to niechętnie. W rzeczywistości wciąż poruszam się po omacku, wciąż w drodze. Wprawdzie nikt nie mówił, że będzie łatwo, jednak wrażliwość pozwala pojąć te wszystkie wątki, ułamki, sploty. Każdy poeta wnosi do mojej codzienności coś nowego. 

Piotr Mosoń
wiersze z tomu Separatum



sobota, 1 sierpnia 2015

wstęp do niczego


śmierć nie może być początkiem
początek to burza w szklance wody

od czczych prawd
rozdwajają się języki

jeśli zaczynamy od kłamstw
kończymy na kłamstwach

nawet równoległe byty 
muszą się przenikać

wśród półprawd ukrywamy
rachunki do zapłaty

terminy przesuwane w nieskończoność
choć już dawno po terminie


Olgerd  Dziechciarz
z tomu
Przewrócona ósemka 

piątek, 3 lipca 2015

co przejdzie w nocy

nie można wszystkiego powierzyć
słowom co przejdzie po zmroku nie zawsze
przechodzi w wierszu a noc zapowiada się
gorąca taka z grzmotem i piorunami

między szarlotką a szarlotką
bez zbędnych pauz i puenty

opuścimy żaluzje otworzymy furtki
i spuścimy psy pozwolimy puchnąć minutom
godzinom dłonie będą pachniały
wilczą jagodą palce podwoją się i potroją
a języki znarowią

damy im wszystkie kody dostępu

Grzegorz Kielar
wiersz z tomiku Skrajem

sobota, 27 czerwca 2015

Piosenka o drugiej Irlandii



         Ten nadmiar, ten ostry jak brzeg liścia, jak morska sól
         Przesyt przywileju

                                        Seamus Heaney "Ostrygi"

Heaney otwiera ostrygę. Belfast otwiera ogień.
Czytelnik otwiera książkę: powiedz, powiedz, no powiedz,

po co ci takie truchełko? Po co ci te bebechy?
Rozbijasz skórę orzecha, głos odbija się echem.

trafia pod strzechy Belfastu, który otwiera oczy.
Budzi go dym papierosów. Ciągle poci się, poci,

że nic a nic to nie mówi. Potem pali się, pali
płynący, aby ocalić, statek z gladiatorami,

zabiera od zapomnienia: ostrygi, małże, sushi.
To wszystko miało pójść z dymem, ale tylko się dusi.

To dobrze, niech będzie gęsto, niech się duszą w tym tekście
słowa jak balast Belfastu. W Peweksie. W pekaesie.


Jakub Sajkowski
wiersz z tomu Google Translator

czwartek, 11 czerwca 2015

Wiersz na czwartek







Uzbierał się stos tomików, a ja czytam kryminały.

Zaginiona

Szukajcie mnie na strychu, pod plandeką,
pod liśćmi grążeli, na dnie kamionki.

Siedzę na czereśni i połykam guguły.
Drzewo szepcze: - Wydam cię szpakom.

Wioletta Grzegorzewska 

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

O książce „Spot” Roberta Kani



Właśnie wysprzątałam biurko. Było już tak nieprzyzwoicie. Chusteczki, puste opakowania, książki przeczytane, cytowane, nadesłane. Znowu wyliczam, znów trudno rozstrzygnąć co najpierw, od czego zacząć w tym pachnącym magnolią miejscu. Nowe, ale znane, wygodne. Debiutancki tomik opatrzony dedykacją Roberta Kani dostałam od przyjaciółki. Od razu zauważyłam na okładce grafikę Marty Kołodziejskiej, z którą współpracuję i cenię. Przekonana, że Robert specjalizuje się jedynie w haiku, odkryłam poetycką przestrzeń, która mnie pochłonęła i otworzyła na nowe. 

nie zobaczy jej spojrzenia
nie powiększy go do rozmiaru wiersza 

W tej poezji nie ma miejsca na rozproszenie, dyscyplina językowa, to coś, co pogłębia przekonanie, że poeta świadomie nadrabia zaległości i przeprowadza czytelnika po zawiłościach lektur, które były inspiracją dla wierszy. Przedstawia mechanizmy otwierania pamięci, snuje obrazy, jakby były konkretnymi elementami z przeszłości.

młoda kruczowłosa Hagar
(czarna sukienka nie w tulipany a w róże)
czyta swoje wiersze o Szymborskiej
i przodkach ginących w obozach

Przedmiot refleksji brzmi boleśnie, ale czy wiersze nie powinny utrwalać w nas symbolikę życia i śmierci, pamięć?! Nie da się zamazać tożsamości, kultury, w jakiej dorastaliśmy. Autor w osobliwy sposób mierzy się ze złem, które tkwi w ludziach. Ze spokojem konstatuje przywoływane przez siebie sceny.

powoli rozbieram moje jagnięta
zszywam im rany 
układam znużone do snu

Przede mną fabularny film, krajobraz codzienny. Ofiara i wybawienie, fascynująca ilością znaczeń i odniesień o charakterze kulturowym. Rozważania pochodzące z otoczenia. Obficie łączone i bardzo wymownie marginalizowane. Robert z niezwykłą starannością rozwiązuje puenty wierszy. Jakby każdy był nadzieją na kolejne spotkanie.

tej zimy
mówił uratowałem was wszystkich
a kiedy będziesz pisał ten wiersz
po kilku zabitych nie będzie śladu

Tajemnice, różnorodność, domieszka liryki, rywalizująca z tym, co w człowieku ciemne i przebiegłe. Moc wyłaniających się słów i potrzeb, również interesujące spojrzenie na malarstwo Edwarda Hoppera, jakże odmienne od Czesława Miłosza.

taki czas

rośnie częstotliwość powstawania
nowych stanów związków obiektów ciał
coraz krótszy okres ich połowicznego rozpadu

Codzienność jest zalążkiem dla jutra, czy poeta ma słuszność, że wraca do dzieciństwa i dobrowolnie oddaje czytelnikom emocje, pokusy z jakimi walczył. Świat, w którym zamieszkiwał, równie piękny, co smutny?!

Może ten wiersz nie ma końca

Wiersze są, jak powierzchnia skóry w innym kolorze. Koronkowe zwoje myśli, niekończące się splecenia. Różnorodność.






Autor: Robert Kania Spot
Wydawnictwo: Stowarzyszenie Salon Literacki 

środa, 22 kwietnia 2015

Tomik wierszy Jarka Jabrzemskiego o pięknym tytule „Egzuwia Egzekwie”, z którego wykluwają się i rozkwitają wiersze, jest idealną lekturą na pochmurne dni

od wczoraj śnieg sypie
pod nogami skrzypi
a my z tęsknoty za latem
wcześniej na tej krypie
jak brat z bratem
rodzinnie

Więc śmieję się, bo wiem, że autor właśnie tego sobie życzy. Zabawy, przyjemności, a zarazem intelektualnego wysiłku. 

i kto mi wtedy zarzuci
że słowem szastam
nazbyt kwiecistym kolczastym
jak wyjaśni
że na mój grób chciał nasrać
przedwcześnie
kiedy ja jeszcze wśród ludzi
w rośliny obrastam
żeby było śmieszniej

Przedstawienie trwa w najlepsze, jak życie, którym trzeba się interesować, by stworzyć teatr. Jarek ma w sobie pewność tego, co chce powiedzieć, właśnie w taki sposób, a nie inny. Rozmach tematów, ich wymiar czasowy jest niemały, dlatego tyle wcieleń i przeobrażeń kończy życie i zaczyna. Poeta robi swoje, pisze. I bawi się tym pisaniem, aż czytelnik poczuje ssanie wnętrzności, aż doceni gesty i zuchwałość. Cóż, każdy ma inną miarę i metody dzielenia się z innymi. Jarek utrzymuje rytm, przyśpiesza, kiedy chce na czytelniku zrobić wrażenie. Wykonuje ledwie zauważalny gest i oddychamy swobodnie.

by potem paść pokotem

niczym przyspawani

Cała przestrzeń drętwieje, kiedy zdajemy sobie sprawę, że to ciągłe pragnienie nie ma znaczenia. Życie i tak zamilknie, kiedy będzie miało dość. Kim jesteśmy i w czyich rękach? Przyziemni, ciemni, pozostawiamy po sobie ślady, najróżniejsze znaczenia, a podmiot liryczny oczyszcza neurotyczną atmosferę rzeczywistości i zdumiewa. Tomik pełen cytatów, nawiązań i aluzji. Zmieniające się sceny, dawkowane emocje. 

sumienie 
szwenda się przy łóżku
w tym roku
pójdę na urlop tatuśku

odziedziczyłam spokój

Nie chcę zgadywać, odrywać się i kontrolować ciśnienia. Chcę jak podmiot zastygać w pięknych chwilach. Chcę rozkoszować się artyzmem, rozpraszać światło i oglądać twarze czytelników, kiedy odgadują aluzje albo na próżno się trudzą. I znikają, jak bańki mydlane. Symptomy wyrastania z korzeni, łączenia się z lubieżnością, z siłą, która towarzyszy nam każdego dnia, dzięki harmonii z naturą, dzięki uporczywemu dotykania sedna.

Autor: Jarosław Jabrzemski Egzuwia Egzekwie
Wydawnictwo: Fundacja Duży Format

piątek, 10 kwietnia 2015

Agnieszka Wiktorowska-Chmielewska zatytułowała swój debiutancki tomik "i tu, i tu". Określony przez autorkę, jako "Poemik"

A gdyby tak zamiast rzeką stać się jastrzębiem

- panem przestworzy i bezwzględnym łowcą.


W książce pojawia się podzielność ról, kim być, dla kogo i dlaczego. Oni zwyczajnie tkwią w kontrastach. Dzielą się entuzjazmem. Różnią od siebie i zachęcają wzajemnie do miłości. Ten proces kształtowania zmysłów, wyobrażeń siebie, przechodzi – lub przechodził – każdy z nas. Agnieszka fabularyzuje relacje. Bardzo szczegółowo, z niezwykłą świadomością nawiązuje kontakt z czytelnikiem, który tak jak jej podmiot liryczny musi wyjść poza margines. Możliwe, że wtedy…


wyobrażenia
są bezpieczne. girlandy, alpejskie widoki,
tatuaże - pochodne rozpierzchnięcia. między
światem a repliką ściernisko. obszerne. możliwe
do przełknięcia. dla tych co wyjdą za margines.


Wiersze wypływają z dzieciństwa, sięgają po obrazy, jak mignięcia. Jest w nich geneza tego, co powoduje, że ludzie spotykają się ze sobą i łączą wyodrębnione światy. Mogą się zgubić i odszukać, czują podświadomie swoją obecność. Jest w nich i gniew, i radość. Oczyszczanie to długi proces, ale czy Oni, jak te kwaśne jabłka, nie powinni dojrzeć do wielkiej miłości? To ciągłe poznawanie, obserwacja pór roku, odczuwanie rytmu, dążenie do własnej historii. Dorabianie się wydobywa z ludzi różne efekty, często niespodziewane. Bo jakie byłoby życie, gdyby Oni, nie mogli robić tego, co chcą?


jednych to kręci, innych kładzie 
w rany, zarupieca wolę której przyrzeczona 
wolność. podróżujemy, by w szerokość posadzić
sosnę, zbudować parterówkę i ze schroniska
wziąć psa do pilnowania podwórka. by siła 
znalazła w nas swoje królestwo. i to jest
dobre, i nawet świeci. podróżujemy, 
żeby po schodach wbiegać lekko.


To przyglądanie się przechodzi w inne sposoby widzenia tego samego procesu powstawania uczuć. Bo kiedy Oni zniknęli z pierwszego planu, nadszedł czas, by przyjrzeć się nam. To proces powtórzeń, podtrzymywania wyznań, stworzenia kolejnego planu czasowego. Agnieszka dopracowała w szczegółach wszystkie motywy, które należą do procesów życia. Nie nastąpiło przewartościowanie obrazu świata, on jest jaki jest. Tradycyjny, podobny do mojego czy twojego. Czasami tylko bywa nieznośny. I wtedy okazuje się, że to efemeryczne uczucie jest kapryśne, nie pozostawia w pamięci nic, czego nie chcemy. Być i tu, i tu. Jak w kalejdoskopie chce rozsiać się po wszystkich miejscach, salach koncertowych, parkach, górach. Mieć niekonwencjonalne życie, którego cząstki artyści utrwalają na murach. Zaczynać dzień od języka.


Autor: Agnieszka Wiktorowska-Chmielewska i tu, i tu
Wydawca: Towarzystwo Słowaków w Polsce

czwartek, 2 kwietnia 2015

„Madafakafares” Pawła Podlipniaka – tomik już podniszczony, pokreślony i zagadkowy


Czasem można wyłapać takie lśniące cząstki, 
przechowywać aż do zmierzchu, a potem wspominać,
że wprawiły dziewczęce biodra w kołysanie
i wypełni piersi, dając życiu nowy 
początek.

Niewielka przestrzeń, sugestywna i przyjemna. Umiłowanie autora do detali kreuje narrację wierszy. Są szczególne i towarzyszą im konkretne obrazy. Prezentacja podmiotu lirycznego tworzy z innymi wierszami konstrukcje równoległe, spójny plan. Osnuty wokół życia, dopełnia wszystkie części, które są w tej książce niejako na marginesie. Wiele niedopowiedzeń, ulotności, które wyczuwam podskórnie. To poczucie rzeczywistości można traktować jak spektakl. Wolność odbioru zestawia ze sobą kilka płaszczyzn. Na których wszystko się rozpoczyna i kończy. Pomiędzy kobietą a mężczyzną, który w zaborczy sposób chce zapamiętać każdą chwilę i zlizywać je jak krople deszczu. A przecież one zawisły w próżni albo w pokoju bez ścian, gdzie czerń nie tworzy iluzji, wokół której krążą chore dzieci; zmarli, literaccy bohaterowie.

to kraj bez win i winnic, dołem idą kierpce,
waciak i gumofilce, cygańska muzyka, 
a matka boska w klapie przygląda się temu
z bezpiecznej wysokości pod sumiastym wąsem.

Paweł komentuje powiązania i przywiązania do rekwizytów. Projektuje stan umysłu, dotyka obcego życia. Każda z opisywanych postaci zarysowana jest w konkretnej sytuacji, tworzy związek, z którego kreuje się jakiś schemat sytuacyjny. Poeta kompromituje fałszywe wartości. Uwodzi, szuka bliskości i odpowiedzi. Język i sfera idei są idealnie napięte. Czułość, gniew, samotność są tym, co mnie uderza od samego początku. Każdy kolejny wiersz jest oparciem dla poprzedniego. Dyscyplina językowa, spójność wyzwala rytm, mozaikę wspomnień , emocje nie stawiają oporu, płyną. 

Może jest sposób, żeby mnie odkazić, zabić nie całkiem,
a potem poskładać na nowy kształt i nadać kierunek,
zanim utknę na brzegu, zanim jasna macierz uśpi fale.
Po drodze zgubię resztki bieli i czerwieni. 

Czy można uciec od siebie? Od swojego pochodzenia? Miejsca, w którym wciąż się mierzymy, gdzie możemy dostać jabłkiem? Silne zaangażowanie, a może bezustanna walka z monstrualnie opuchniętym bezsensem otoczenia. Napięte związki, tyrania, wokół otwarta jaźń, spór o życie. 

a gdy nas nazywają, miast rosnąć - karlejemy,
miast tyć - tracimy wyporność i brakuje wody,
której moglibyśmy się wyprzeć z nieczystym sumieniem.

umywam ręce. to podobno na chwilę pomaga.
potem kropka zgasi resztę. przemówi biel.


Autor: Paweł Podlipniak Madafakafares
Wydawca: Galeria Literacka przy Galerii Sztuki Współczesnej
Biuro Wystaw Artystycznych w Olkuszu

piątek, 20 marca 2015

Zjawiska - „Cały w słońcu” Marcina Zegadło


Co za tydzień. Paddy's Day, przesyłka z nosorożcem i książki, książki. O tomiku Rzeczy pospolite Teresy Radziewicz będzie później, dzisiaj skończyłam czytać wiersze Marcina Zegadło Cały w słońcu. Co za człowiek. Od 12 grudnia 2014 roku nosił książkę w torbie, albo woził w samochodzie. Wiersze przemarznięte, z odleżynami, ale są. Napisał w dedykacji, że wiersze z okresu 2010 - 2012. Dla niego pewnie to czas miniony, dla mnie niekoniecznie. Przecież poezja wpasowuje się w czasoprzestrzeń, jak jej pasuje.

Mężczyźni przychodzą głodni i zmarznięci. Przychodzą
do światła. Mają zamiar być głośni i pić wódkę. Będą
opowiadać historie, które przytrafiły im się w życiach, 
które wiodą.

Przypomniałam sobie wszystkie kadry z Ćmy barowej, bezpieczną odległość i napięcie, jakie przytrafia się, gdy życie wokół przypływa i odpływa w zależności od wypitych setek. 
Marcina wiersze przenoszą się z miejsca na miejsce.

Ostatnio częściej przenosi się z miejsca na miejsce. Głos z offu
ponagla go i namawia. Cóż począć, kiedy całą dramaturgię ucieczek
prowokuje zużyte: "Odwagi, misiu, tym razem będziemy wyjątkowo 
piękni i może ktoś powie o nas z zachwytem - cudzoziemcy, chociaż
nie o granice chodzi, lecz o ruch. O to, żeby nawzajem się zjadać, skoro
jest apetyt, a przecież masz ochotę, misiu, wiem, że masz". 

No dobrze, więc co w takim razie znaczą wszystkie przemieszczenia, przenoszenia się, a z tym cała ta możliwość interpretacji. Budzenia się o rozmaitych porach i nazywanie tego, co rozpoznajemy, co przebiega nas w myślach. I tak dalej, i dalej. Nuda, która towarzyszy podmiotowi lirycznemu, posuwa się naprzód, brnie w głąb i mieści w sobie całe miasto. Pochłania burze, ciekawskich ludzi. Czy ich obecność jest dla niego istotna? To jak nauka rozmowy za pomocą zdań. Wystarczy mieć świadomość, że ktoś nas słucha. 

Jest tutaj nie dla zabawy.
W pokojach meble na raty i elektronika, dziecko zupełnie
jak prawdziwe śpi na wznak zakopane w pościeli, kobieta
zupełnie jak prawdziwa rozstawia przedmioty po kątach, 
pielęgnuje kwiaty, uśmiecha się, on odwzajemnia uśmiech, 
zupełnie jakby działo się naprawdę całe to zamieszanie
z miłością, wiernością, uczciwością małżeńską, potomstwem
lub inną pociechą, domem jasnym jak gwiazda,
która nad tym czuwa, przepala i nie widać zmarszczek.

Trudności okazują się przekraczalne, jakby pełniły rolę poboczną. Wiemy, co się wyłania z bliskości, co motywuje do wspólnoty, do życia.
Kompilacja składników zjawisk codziennych i zasadniczych. Tak Marcin przekłada różne kwestie i zrasta się z językiem. Docieka na temat samej istoty relacji pomiędzy ludźmi. Żywi się pasjami, poświęca w obszarach, które mogą być niejednokrotnie kłopotliwe, a jednak jest w tym wszystkim jakaś spójność.

W kolejności: krew i stygnący popiół. Teraz jeszcze budzą się
zmęczeni i patrzą na dziecko, niemal niewidoczne i śpiące,
dziecko blade jak jaśmin. 

Uświadomiłam sobie, jak bardzo lubię czytać wiersze. Kwitować puenty i czuć w sobie to samozadowolenie, że jednak jest dobrze, że intensywność ma swój zapach, a bogactwo namiętności mogę odnieść do wspomnień, do lat odłożonych na półkę, z których mogę jedynie spijać własną nieobecność, nierealność, bo przecież czytanie poezji daje nam pewną swobodę interpretacji. 

Marcin pisze obficie, chociaż konkretnie. Lubię właśnie taką formę komunikacji z czytelnikiem. Przywykłam do takiego "żywienia się" poezją. I może jest to dość pierwotne odczuwanie, ale czy zawsze trzeba dusić się i tłumaczyć dosłownie z każdego wyzwolenia?

Teraz jest już gotowy,
zgodnie z ogólną skłonnością: wybrnąć i przełknąć, zachwycić się
sobą. Z marszu przekreślić, zamknąć w ciasny nawias:
dzieciaka, kobietę, dom i wysokie drzewo.

Przychodzi również kolej na kobietę. Spora samodzielność twórcy. Poruszające przenikanie i osobisty stosunek do tłumaczenia tej uwodzicielskiej osobowości. 

Zostaną po tym ślady.
Wiem, że śnią ci się inne sutki, inne biodra kołyszą się
wokół twoich bioder. Nie jestem taka święta. Mam ciało, 
które do mnie mówi różne świństwa. A teraz spróbuj
obronić to w wierszu.

Przechodząc z ojca na żonę, syna, kogoś tam, dowiedziałam się, że słabości, grzechy można rozejść. Dotykać do żywego, to, co boli i stracić zawziętość, podkreślić pracę w kategoriach miłosnej przygody w mrocznej historii, jako osobistych wspomnień. Rama tożsamościowych refleksji nakłada się, jak filtry, które wyostrzają, albo łagodzą w zależności od tego, jak mocno obecni i świadomi jesteśmy. 

Nam się te dni nie ułożą w zgrabny refren, a przecież
tyle dobrego w drzewach i w powietrzu.




Autor: Marcin Zegadło, Cały w słońcu
Wydawca: Biblioteka Arterii 2014











niedziela, 8 marca 2015

Nieproszony taniec - „Baw się” Romana Honeta



Romana Honeta nie znam, nie wiem, kim jest. Odmówił, kiedy zaprosiłam go do projektu "3 ulubione wiersze". Lubię jego książki, kupuję i trzymam blisko. Tak blisko, jak się da. Jego poezja jest we mnie od dawna. Wsłuchuję się w ten oddech, intymny zapis żniwiarza.

to przedwieczorne ogniska, anyżkowe
cząsteczki w oddechach kobiet. to wsłuchiwanie się
w szelest autostrad powleczonych przejrzystą
siateczką świateł 

I kiedy staję w cieniu bezdroży, przypominam sobie jak otacza mnie próżnia. Honet przywraca pamięć, smak. 

życie. chciałbym mieć ciche jak zbiegły esesman
i umrzeć nagle w porze miodobrania,
oczu przymkniętych w szepcie:
nie obawiaj się. nic nie było przez ciebie
oprócz zapomnienia,

Życie wypełnione, a jednak odnoszące się do wszystkiego, co najdroższe. Mogłabym przepłynąć w pław te wszystkie kadry. Dlatego podsuwam pod nos zapach pól, burzy, wypalanych traw. Są jak wyrzuty sumienia z dzieciństwa. Poprzedniego wieczoru obchodziłam stadion w Dublinie i zastanawiałam, jak zmienia się biegający chłopiec, jak wiele zapamiętał z życia. Z czego zakpił. Ile razy wyprowadzano go i było słychać okrzyki radości. Ile zjadł trawy, nałykał się śniegu. Ile zapamiętał z poprzedniego wieczoru.

co trzeba - jest powtarzalny, spala się
i boli. to było jedenaście lat temu, 
w styczniu - tak przypomina się daty, 
rocznice zasypane lawiną mosiężnych 
iskier - tak przeważnie wygląda

początek.

Dzieciństwo. Przechwalanie się i błyszczenie przed innymi. Głupie żarty i trauma wspomnień. Mam paskudną pamięć, idealnie brzydką i nieśmiertelną. Przez pamiętniki zawsze przechodzi mi ochota na sen. Honet nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że przypieka emocje na małym ogniu. 

była noc kochania, niejedna. bażanty
jak latające tarcze z grafitu i złota,
i zastyganie wody, żeby zachować ból
jak myśl o rzeczach, bo takie błahe
były i potrzebne.

Później jest intymnie. Więc wstaję z łóżka i szuram do kuchni po kawę. Zamiatam pióra, wymiatam śnieg. I specyficzny smak na podniebieniu. Śmierć należy do poety, do mnie odgłosy rozmów. Przeniesienie potrzeb, przerzucanie przymiotników, jakbym chociaż trochę sprzeczała się o pytania i odpowiedzi. W końcu poezja, to wyprowadzanie na prostą, to ulga, dzięki której nie trafiamy do poczekalni w izbie przyjęć szpitala psychiatrycznego. 

nawet bieg krwi przeciwko
sobie. moc osobistej rzeźni. w niej moi
najdrożsi, istoty uniesione w zagięciu błyskawicy,
przemiany. odgłosy dawno zapomnianych rozmów,
z dawno zamkniętych okien pozdrowienie

Czuję na sobie strumień zimnej wody. Nie mogę złapać powietrza. W myślach rzucam grochem o ścianę. Kłócę się ze sobą, obracam na pięcie. Chodzę tu i tam. Przyglądam się owadom, zwierzętom, kręgom na wodzie. Pamiętam plenery, na których leniłam się jak mops. Wodziłam oczami za nieznajomymi. Wymyślałam miłostki i marzyłam o tajemnicy, o radości. Bardzo lubię miękkie materiały. Wyobrażam sobie jak zostały utkane, docieram do lnu przed poetą. Zanurzam się w oparach lata. 

naciska powietrze,
a ono odpowiada cichym otuleniem: szeptu, kształtu
i czasu, bo wszystko jest znowu 
w energii, jest w mocy życia - posiada żar
i prędkość, miota się, upływa.

W poezji najbardziej cenię wypełnienie, które się ze mną nie ściga. Nie jest wielkoludem. Wiersz, przy którym odpoczywam i nie cierpię, bo wiem, że nie tylko ja bywam nieprzytomna z bólu.

ty masz wciąż jeszcze rozchylone wargi,
tam, na ciemnym polu, gdzie w trawie
leżały wtedy słodycze i prezent, pająk
snuł sieć - świetlisty odpoczynek
dla motyli pośmiertnych, ptaków
strąconych do krwi, bo aby żyć, 
należało pochłaniać ptaki i ciastka,
a dni płynęły szybko, nieprzytomnie

Idę najszybciej jak potrafię. Nie oglądam się za siebie. Nie przyglądam się cieniom, lampie. Nie udeptuję nogawek, pięt w butach. Dorosłe życie mnie nie nudzi. Tak żyję. Niespodziewanie i pogodnie. Najbardziej lubię rozdział o milczeniu. Zmiatam okruszki z podłogi, przyglądam się jak wysychają krople wody. Dotykam pociągnięcia pędzli. Udaję, że mnie nie ma w domu, że jeszcze nie wróciłam z wakacji. Tak naprawdę, to zatrzymał mnie sen. Martwa noc, albo blask monitora. Czy cisza potrafi powstrzymać od myślenia?

do krwi. martwe łączy się z martwym
i wszystko jest tak samo, jak nigdy
nie było. ta neonowa 
noc. ten żal w utracie
i moja dawna ukochana, dokoła 
niej - tak ciche jakby parowało - dziecko
wlokące baśń. o śmierci. niezwykłej.

O utracie dowiedziałam się dość wcześnie. Za wcześnie. Ponieważ on opowiada, a ja słucham, milczę. Bronię się przed rozmową, przed wpadaniem z niezapowiedzianą wizytą. Tym razem wzruszenia zmieniają się w zależności od tego, czyj jest pogrzeb, albo ile utrapień zarżnęłam we śnie. Pokochałam detale, kamienie, zwierzęta, które chodzą przy nodze. Do szaleństwa, tak naprawdę, to skoczyłam bardzo głęboko, tylko dlatego, żeby przekonać się ile imion może mieć umarły i jak pachną dalie. Dokąd odchodzą wszystkie rzeczy, w których mnie nie ma. 

niech tak zostanie.
niech nadal śnią mi się przyjaciele,
znajomi przyłapani w utraconym dniu,
ich głowy - kule wypełnione puchem, klejnot
z dymiącą wodą - oto ich basen,
kadź o zapachu chloru i błękitu.
bywają takie sny,
takie widoki, kiedy z odległych miejsc,
z ust niewidzialnych od dawna osób
wysypuje się żużel, wilgotny pył, 
jakby pragnęły cię opluć albo oddalić, 
a one właśnie wołają - zostań, zostań




Autor: Roman Honet, Baw się
Wydawca: Biuro Literackie, 2008


Książkę można kupić w księgarni wydawcy za jedyne 7 zł
polecam

czwartek, 26 lutego 2015

Antypody - „Fantom” Magdaleny Gałkowskiej



Magda Gałkowska, obdarzona fascynującą osobowością, często irytująca otoczenie, wciąż przełamuje schemat, by dotrzeć do tła, które opisuje. Należy zrozumieć, że dotykanie określanych cech człowieka uczy nas na nowo zachowań, reakcji, spostrzegania przestrzeni pomiędzy ludźmi. Pozbawieni instynktu, bez możliwości rozwoju duchowego, z niewybaczalną nonszalancją zamykamy się w swoim świecie. Narzucone przez warstwy społeczne zachowania przyjmujemy jako własne, co powoduje, że narasta w ludziach chęć usprawiedliwiania ignorancji. Zanika potrzeba wewnętrznego mierzenia się z przeciwnościami losu:

analizuję maturzystom Norwida, po co
komu słowa? okup za zakładników z tendencją

do autodestrukcji. /Pierwsze/

Cel uświęca środki? Nic bardziej mylnego. Myślę, że bezmyślne dążenie do celu pozbawia ludzi kolorytu. Magda akcentuje subtelnie świat wewnętrzny i zewnętrzny, obraca w palcach peela jointa i szykuje objawienie dla tych, którzy chowają się po kątach, udają, że żyją. Udają, że człowiek może wszystko. Motywuje w ten sposób czytelnika do wniknięcia w tematy często obce, lekceważone, spychane na bok. Czy kobiecość musi ciągle przybierać barwy wojenne? Odpychać i przyciągać na zasadzie skrajności?

a mogłabym wyglądać jak dziewczyna 
z naprzeciwka, z nieścieralną warstwą
skupionych poranków przed lustrem.
nauczyć się, że barwy wojenne, to dzisiaj

tylko agresywnie zorientowane kosmetyki. /Mam twarz Grzegorza Ciechowskiego/

Adeptka cynizmu burzy niewinne, pełne ufności przyzwyczajenia. Wyuczone od narodzin zachowania potrafi zasymilować, ujarzmić i wpleść w doczesność. Nazwać je, nie umniejszając czytelniczym doświadczeniom, przez które opuszczamy oczy, czerwienimy się. Dlatego rozumienie przychodzi z trudem. Nie jest to łatwa postać, która z rozpaczy uschnie na kanapie w bezpiecznej pozie. Magda błyskotliwie połączyła atrakcyjność stworzenia z ciągłą walką o tolerancję. Zrównała je i ukształtowała według własnej wizji. Człowiek, który uczy się kochać na chwilę, będzie ciągle ulegał kłamstwom, rozpuście. Będzie ogarniać go pycha. Peelka wypunktuje wszystkie nadużycia, by mógł bardziej świadomie przyglądać się procesom, które stają się przyczyną dramatów. Stanie obok, czasami zauroczona, innym razem znudzona. Symbolami określi odległość świata nadrzeczywistego, od tego w zasięgu ręki. Zmaganie się z prawdą w poezji poprowadzi po meandrach ludzkich zachowań. Taka gra pozorów onirycznej przestrzeni – w niej ścierają się granice typowe dla ludzi, którzy czekają, nie udają, ale nie są pogodzeni z narastającym zaprogramowaniem świata i relacji. Autorka odziera kanon wiedzy teologicznej łamiąc męski świat, ukazując ludzką fizyczność wynikającą z przypadłości, jaką zostali obdarzeni. Odrzuca instynkt, wszystko, co nie odróżnia dobra od zła. Pewnie dlatego czasami woli przemijać w samotności albo wychodzić i łączyć się w przyjemnej kontemplacji ze świadomymi ludźmi, na przekór dogmatom.


dłoń w białej rękawiczce, co zatyka usta
na chwilę przed spełnieniem, każe łapać oddech
tylko po to, by zaraz odebrać, co jego:
śpiew, absurdalną skruchę, marne obietnice.

i wybuchały światy, kończyły nad ranem
w przypadkowych objęciach, na krawędziach dłoni.
i wybuchały światy, niczym tanie race,
kupione na bazarze po cztery pięćdziesiąt. /Chiromancja/



* peel - podmiot liryczny


Autor: Magda Gałkowska Fantom
Wydawca: Teatr Mały, Tychy 2014

sobota, 21 lutego 2015

Znaleźć dla siebie ratunek - „Krajobraz po meblach” Ewy Brzozy Birk



Przeczytałam na którymś z portali pisarskich, że Ewa przyjeżdża do Polski na promocję swojej książki. Wtedy poczułam, że to może być jedyna okazja, żeby ją poznać. Moja przyjaciółka wydała radosny okrzyk i powiedziała - jedziemy. Tutaj pominę drogę i nasze popisy, bo ma być o wierszach, a nie o głosach w toalecie i oparach benzyny.

Widziałam jak pani zabiła pana,
a on wstał. Był zdziwiony, krzyczał.
Nie mogłam zawrócić.
Wybiegłam na tory.

Sny toczą w nas ścieżki, układamy się na nich w środku nocy, pozwalamy sobie nie oszaleć. Ja tak mam, jak podmiot liryczny, odczuwam przemijanie, ale najpierw muszę odwołać się do swoich obsesji, szeregu zdarzeń…

Tłumaczę wspomnienia na kilka języków,
szukam podobieństw ulic i ludzi
idących do klatek, które śmierdzą szarym mydłem.
I jak oni, przystaję na zielonym świetle.

Ewa wyemigrowała w latach osiemdziesiątych. Jej wiersze brzmią różnymi akcentami, są echem, od którego brzęczy w uszach. Te emocje towarzyszą mi każdego dnia. To rozpinanie się i zapinanie na obcej ziemi. Oswajanie z dotykiem, czułością, zgłębianie tajemnic. Wszystko o czym pisze poetka jest przede mną, jej frazy są jak widma. Stają przede mną w momentach najmniej oczekiwanych. 

Deszcz nie zostawił na grzbiecie dachu
suchej nitki. Kamień rósł w krtani, 
delikatnie wkładałam pończochy
i jedwabny głos.

Nawet najmniejsze zwierzę mogło wyczuć mój zapach, 
czułam się gorzej
niż neon zapalony w środku dnia.
Ślepa i przemoknięta nie robiłam planów, 
do dziś unikam ostrych przedmiotów.

Oglądam dom, w którym zamieszkała, podszczypuję szczypior, grzebię się w obcej ziemi.
To godzenie się z codziennością.

Nie ma zła, zanim się od niego nie umrze.
Smutek, to kasza z obłoków, okruchy.

Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, że kiedy autor czyta swoje wiersze, one zupełnie inaczej brzmią. Słychać zmęczenie, w wyobraźni rysują się karuzele, uciekający krajobraz po meblach. To wpadanie w panikę, jak wtedy, gdy spakowałam ostatnie pudło i mówiłam do siebie - to tylko mieszkanie.

w czystej wodzie znalazłam
odbicie znajomych miejsc, gdzie z setek małych kamieni
powstały kościoły, place, domy, a nawet
ludzie, ich mowa, okna otwarte na oścież, bez celu
szwendające się psy. Chciałam zrozumieć
różnicę pomiędzy idącym, a zabłąkanym.

Miłość jest jak woda w rzece, rozhuśtam most.

Emigracja nie chroni nas przed cierpieniem, nie powoduje, że nagle świat zrekompensuje nam dawne życie. Wkładam okulary i jest tak samo, Dania nie jest w Ameryce, cudze kąty są cudze, ten rodzaj odczuwania trzeba oswoić, przestać się bać. Poezja Ewy przybliża, obnaża bary, dworce, zakamarki w których się wkurza. Pory roku, ruch i ciut więcej. Czyli mruczenie pod nosem, zakopywanie i odkopywanie, zrywanie się na równe nogi, gdy strumień lodowatej wody spływa nam na plecy. 

Zapominamy imiona, 
które przychodzą do głowy pod koniec balu.
Oczyszczę kąty szałwią, wypatroszę ryby, 
zapłacę rachunki. 

Codzienność. Skrzypiąca podłoga, źdźbła trawy cokolwiek, co przypomina nam bliskich, nie pozwoli zapomnieć mowy. Wieczność jest tak długa, jak długo będziemy w tych wersach odnajdywać tęsknotę albo wspomnienia. Jak z tego wybrniemy?

W sercu jest takie miejsce, którego nie wolno dotknąć, 
bo zniknie, rozpuści się granulka kosmosu.
Przed naszym spotkaniem przejdziemy przez wodę,
poszukamy ciała, które nas zgubiło.




Autor: Ewa Brzoza Birk Krajobraz po meblach

Poznań 2009

czwartek, 19 lutego 2015

Podpatrywanie - „Podsłuchiwałam” Ewy Frączek


Ewa napisała, że przygotowuje najlepszą jajecznicę w mieście. Umówiłyśmy się, że przyjadę. W rzeczywistości spotkałyśmy się w Warszawie. Niestety, nie w Lublinie, ale przecież życie przed nami. 

nienawidzę wielbłądów
kojarzą mi się z pustynią
moim snem o talibach
we śnie talibowie
opanowali lublin

Ewo, stworzona na pokuszenie mężczyzn, proszę, nie kuś losu. Nie poddawaj się, nie podchodź zbyt blisko tych, którzy mogliby nas, kobiety, wymienić, pozbyć się. Otwarcie proroczym wierszem? Nie, nie, autorka nosi w sobie ogromne pokłady humoru. Jej wiersze są młodzieńcze, bajeczne i zaskakujące.

Pokaż mi gdzie masz pępek

To obnażanie się w sobie, naciąganie do granic tradycji. Naciąganie siebie, dla kogoś innego.

nauczę się w końcu 
wymawiać er,
zaboli mnie tył głowy
gdy wykorzystasz to powiesz
nie chcę lizaka kup rower.

lecz nigdy nie będziesz 
przecież mój kruszynku
choć dla ciebie podrabiałam 
podpis w rubryce spowiedź, 
niebo nie zagrzmiało
i ksiądz powiedział
amen.

Zupełnie jak w moim życiu. Niby wierzę, bo przecież wszystko wiem od mamy, którą kocham jak siebie. Już dobrze, nie pytam. Siadam tyłem do nowoczesności, za nią też można się pomodlić, gdyby tylko chodziło o taki sposób życia. Wiersze wydobywają ze mnie młodzieńczą energię i mądrość. Dobrze jest tak sobie przypomnieć, nie bronić się przed rzeczywistością, przed śmiercią wszystkich śmierci.

ostatnia faza śmierci
odbędzie się z dala od nas
naszych firm domów dzieci
jednej kariery pisarskiej.

dobranoc namiastko człowieka
ratujesz bezbronnie
święty spokój tłumu

Jest w tych wersach nieśmiertelność, próba związania palcami całego dobrobytu. To rzeczywistość, zwykła i niezwykła. Uwolniona z myśli, rozbiega się, rozwija. Buntuje się przeciwko normom, chociaż podmiot liryczny niczego nie zakłada, jest w końcu rdzeniem wierszy, więc buduje dystans do siebie, do otoczenia. Podbija i zwycięża, dla siebie, dla niepewnej przyszłości. 

nic nie ma sensu poza naszym
wygnaniem we własną folię, nic
bo mamy ryby i chleb mamy
akurat rozmnożenie.

a inni mówią
że straszny u nas jest zaduch, 
niech mówią.
przez wizjer łatwiej
zakleić im usta.

Żebyś wiedziała, Ewo, że nie ma zbyt ciężkich słów, by się oprzeć innym ludziom, być pasywną, ale żwawą, uchwycić się miejsca i z niego wykrawać noce, nadmuchiwać język, zabawiać się młodością do zatracenia. 

wieczorem wszystkie 
mieszczą mi się w łóżku,
nawet gdy jest czwartek
(w czwartki mam dni płodne
i tworzę całą gromadkę).

Podnoszę się z trudem, bo działasz na wyobraźnię. Wiem, że czeka na mnie w tych wierszach lekkość i żart w stylu Frączek, ironia "dotkliwej duszy" i w tym miejscu to nie jest pejoratywne określenie, jedynie świadomość wypływająca z rozgadanego wnętrza. 

a mówią że nieupoważniony dotyk
budzi gołego zombie
że zombie jeszcze po śmierci
tarza się w pościeli, 
przez co inni mężczyźni
bolą potem trzy dekady
lub dłużej.

bo wcale nie bolą, 
gdy trzeba żyje się normalnie

Tak, gdy trzeba, jesteśmy poważne, później wystarczy kamyk - wywoła lawinę. Pojmuję twój język, to całe zdyscyplinowanie. Wiatr i deszcz od frontu, a nazajutrz dla bezpieczeństwa dalszych kroków/ dla utrzymania temperatury, wracam do twoich wierszy. Do psa, który się oddalił i szaleje z pęczkiem konwalii. Mam czas na przemyślenia, na oddech. Tak, Ewo, musimy się umówić na jajecznicę w Lublinie. 



Autor: Ewa Frączek Podsłuchiwałam
Wydawca: Bramasole, Rzeszów 2011







środa, 18 lutego 2015

Po dwóch stronach - „Pomiędzy kwartałami śpieszył się i zwlekał” Aleksandry Słowik



I nic się nie stało. Wyjechałam na wieś z miasta, które zawisło do góry nogami. Wracam tam, kiedy mam ochotę:

przeczuwam
mierzę
miasto
zasklepione we śnie
śmiertelnie ciche
nieme
w jasnoszarym powietrzu
dzień nie rozbudził jeszcze

swoich zwłok. /Axis urbi - moment/

Aleksandra Słowik dedykowała tomik Tym, którzy mieszkają po wewnętrznej stronie. Od razu przypomniałam sobie książkę Neila Gaimana Nigdziebądź, którą czytałam przed laty. Gdzie świat magii urzeczywistnia się, a ludzie rozmawiają ze szczurami, są niezwyczajni, inni, a tacy sami. Bardzo lubię czas po wewnętrznej stronie. Dotykać ziemi, bruku, liści. Spacerować nocą w miejsca, od których stronią inni. Widać jedynie ich profile. Ciemne podwórka, obskurne kamienice, kąty, a w nich czają się bezdomne koty. Kogo podglądam w wierszach Oli? Siebie. W chłodny, deszczowy dzień. Wyobrażam sobie hotele, pojedyncze ulice, skrzyżowania i zastanawiam się, kto przechodził tędy przede mną. Ola nie ogranicza się do miast dobrze mi znanych. Opisuje i te, które toczy choroba, wielkomiejskie szmugle, figle i zupełnie nieznane, do których wciąż szukam połączenia. Wiele w wierszach znaczeń, tropów, esencji. Za nimi zawsze stoi człowiek. Miast nie byłoby bez ludzi, bez ich determinacji, ciekawości, pomysłowości, chęci odkrywania. Błądzę więc po lotniskach, gubię się we mgle, a kiedy nalewam whiskey do szklanki czytam:

Z uniesienia ręki
błękitny
zarys
żyły;

wypływa rzeka z jeziora Uigeadail wprost do morza
przy destylarni Ardbeg. Zbieg okoliczności
na kilka domów i bar. /Islay/



I rozkoszuję się smakiem, czuję w sobie skamielinę, to jest właśnie wewnętrzne podróżowanie. Wejść tu, wyjść tam. Trzymam na półce pamiątki z Barcelony. I proszę, są teraz jakby bliżej. Wspomnienia układają się wersami z wierszy. Nie muszę naciskać samowyzwalacza, nie muszę wychodzić z domu. Nic nie muszę. Poezja Oli to składniki miejsc i proces poznawania. Towarzyszą mi różne schorzenia, przystanki, odpływy, przypływy. Jestem w moim Nigdziebądź Olu. Drapię ziemię, dotykam dusz, o których wspominasz. Przekopuję kwiatki, identyfikuję się z mieszkańcami, albo uciekam. Przechodzę z domu do domu. Zapisuję numery. Jest to niezwykła książka. Naznaczona powidokami, zapachami, ziołami, smakiem wina. Mogłabym zidentyfikować przynajmniej kilka miejsc, w których mieszkałam. Przyglądam się temu, co ludzie stawiają na stołach, wieszają na ścianach, jaki oglądają film. Jestem współobecna w tych lirykach, w kadrach, pod językiem spacerowiczów. Patrzę ich oczami. Dziwię się.


Kto tam? To morska trawa kwitnie w materacach,
zapyla czas. /Dom VIII/

Wiersze weszły we mnie, tak jak ja wtargnęłam na skrzyżowanie. Nie od razu zrozumiałam, co do mnie mówisz. Nie od razu poczułam metafizyczną konsumpcję miejsc. Pustostany, dzielnice trawione bezczasem. Mogłabym podążać z mapą, jednak przyglądam się zgniliźnie, tonom śmieci. W wierszach mieszają się śpiewne trele ptaków, z odgłosami drepczących ludzi. Ożywienie poszczególnych placów, ład miesza się z nieporządkiem. Kiedy cierpiałam na bezsenność, wydawało mi się, że świat zmierza do samounicestwienia. Trwałość przedmiotów nie była tak oczywista, jak kruchość życia. Po lekturze wierszy, ciągłym przekraczaniu progów, krawężników, zakrętów, uświadomiłam sobie skąd brały się lęki. Pewnie to absurdalne, ale wielowymiarowość myślenia, odchodzenie od jednego istnienia w drugie, wydaje się czymś naturalnym. Jestem teraz na przedmieściach czasu teraźniejszego. Wciąż myślę o ludziach, których spotkałam, o tych, których spotkam. Tworzę własne miasto. Kupuję nowy dywan, lampę. Ktoś w Kanadzie maluje nosorożce, inny wyplata z wikliny kosze. Dziewczynce spod czwórki wypadł ząb. Czy przeraża mnie jałowe życie? Jaki jest sens mojego bycia tutaj, a twojego tam? Gdybyśmy mogli przemieszczać się tak szybko, mogłabyś teraz napić się ze mną kawy. 

Tak życie odłupuje się od nas kwartałami.
w miejsce świętych przysiąg budujemy miasta,
zakładamy cmentarze. Pilnujemy granic, gdy kłamie obietnica.

Nie przysięgajmy na nic.
Na nic poza urnami wysianymi do morza. /Dziesiąte/

Autor: Aleksandra Słowik Pomiędzy kwartałami śpieszył się i zwlekał
Wydawca: Oficyna Wydawnicza ŁośGraf, Warszawa 2013


















Miałam z Olą swoje pięć minut w 2012 roku w Tarnowskich Górach



wtorek, 17 lutego 2015

Etykiety i wypchane jastrzębie - „Guguły” Wioletty Grzegorzewskiej

Hektary – kraina, którą konsekwentnie odkrywałam na stronach książki Wioletty Grzegorzewskiej przypomina wieś rodzinną mojej mamy. Dawno nie czytałam tak niezwykle i obrazowo opisanej przyrody, ludzkiej doli i niedoli. Ta niewielka książka ma coś magicznego w sobie. Dorastanie, rozdroża, imponująca samodzielność narratorki i zarazem głównej bohaterki przypominają o własnej bujnej przeszłości, o emocjach, które towarzyszyły mi za każdym razem, kiedy wyjeżdżałam do dziadków. Przestrzeń, dziesiąty stopień zasilania, kominy, etos, w jakim żyli ludzie. Ojciec bohaterki preparował zwierzęta, ptaki – wtedy zapachy były wyjątkowo sugestywne, a opis czynności skrupulatny. Wiolka dla odmiany kolekcjonowała opakowania po zapałkach, szczególnie cenne egzemplarze zdobywała w najrozmaitszych sytuacjach, które wpędzały ją w kłopoty. Uświadomiłam sobie, że dylematy młodej dziewczyny towarzyszyły i mnie. Oczywiście to wciąż kwestia odbioru, poręczne dostosowanie do peerelowskiej rzeczywistości. Mnóstwo rozwinięć, optymistyczne lub tragiczne zakończenia. Chronologiczny porządek rozdziałów powoduje, że mamy możliwość obserwować rozwój myśli dziecka i nastolatki. Bunt i spór w nieuporządkowanych głowach dorastających towarzyszy Wiolki. Wapienne kamienie, legendy, zioła, zjawiska, wydarzenia opisane w subtelny sposób. Zrozumienie otaczającego świata, stawanie się nim każdego dnia. Umiejętność balansowania, pewien rodzaj elastyczności i radzenia sobie w każdej sytuacji. Podejście dziewczyny do spraw nieuniknionych, impulsy, spontaniczność, opisane z humorem pierwsze dotknięcia, stawanie się kobietą. Całość opisana językiem metaforycznym i na swój sposób bogatym. Jak zmienia się otoczenie, głupia ciekawość, pragnienie penetrowania tego, co nieznane. Wiolka jest sympatyczną dziewczyną, która potrafi się wspinać, kochać, tęsknić, czasami wydaje się szalona, a wszystko wynika z nakazu rozumu i jest silniejsze od perswazji otoczenia. Dorastanie w latach osiemdziesiątych nie było przyjemne, ale dystans, z jakim dziewczyna podchodziła do kolejnych etapów, napawa czytelnika poczuciem mocy, odwagi i szybkich decyzji. Jest w Wiolce duma i radość, jest magnetyzm, dlatego czyta się tę książkę jednym tchem. Guguły, niedojrzałe owoce. Tło opisywanych wzruszeń i uniesień, najskrytszych przeżyć. Uśpiony czas kolorów, pejzaży i trudnych do nazwania ludzkich katastrof, niedopowiedzeń. Wioletta Grzegorzewska odkryła swoje możliwości epickie, opisała przestrzeń egzystencjalną młodej dziewczyny, jej zmagania się ze sobą, możliwości i ograniczenia, odgłosy życia i śmierci. 

– Dziwnie jest urządzony ten świat – odezwał się do mnie nagle, gdy pekaes skręcił na Pułaskiego. – Nawet nie zdążyłem się obejrzeć, już nazywają mnie starym, a przecież w środku jestem jak te guguły.


Wioletta Grzegorzewska Guguły
Wydawca: Wydawnictwo Czarne 2014